Agresja kierowców jest permanentna, niezależna od tego, kto popełni błąd. Nie raz byłem ja lub moi najbliżsi obsztorcowani przez szarżującego na pasach dla pieszych kierowcę. Doszło do tego, że moja 6 letnia córka podczas jednej z takich „niemych” tyrad kierowcy obok, którą obserwowała z twarzą przyklejoną do szyby, ze stoickim spokojem spytała moją żonę, która prowadziła samochód – „Mamo, czy mam mu pokazać środkowy palec?”.
Widziałem te twarze 11 listopada w Warszawie. Widziałem wielokrotnie na stadionach. Ale będę też widział podczas zaczynającego się sezonu zimowego. Od lat, jeśli już jestem w Zakopanem na nartach, nie stoję w kolejce po miejscówkę do kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Po pierwsze, wychowany w czasach przełomu pamiętam za dobrze wszystkie kolejki i mam do nich alergiczną awersję. Po drugie, wychowany w komunie, wiem jak je obchodzić, jak załatwić bilet/miejscówkę bez potrzeby stania w kolejce. Ale nawet wówczas, podchodząc do drzwi z biletem uprawniającym mnie do jazdy poza kolejnością, kupionym całkowicie legalnie, nie mogę odczepić się od twarzy mijanych ludzi stojących w kolejce. Twarzy zaciętych, twarzy, które wyrażają wściekłość, że wchodzę przed nich.
Moja żona, Norweżka, uważa, że Polacy wręcz uwielbiają kolejki, że wykorzystujemy każdą okazję, by je stworzyć. Otwieramy tylko jedno z kilku okienek do obsługi klientów, do lekarza nie można się po prostu zapisać na daną godzinę, tylko trzeba przyjść i stanąć w kolejce. I obserwujemy twarze, które tylko czekają aby kogoś zaatakować za próbę ominięcia kolejki.
W niedzielę, w Pradze, czescy tenisiści wywalczyli Puchar Davisa, najbardziej prestiżową nagrodę w tenisie drużynowym. Szaleństwo ogarnęło Pragę i pobliskie piwiarnie. Zapewne podobnie byłoby, gdyby polscy kibice mieli szansę świętować zwycięstwo polskich zawodników. Różnica była gdzie indziej. I wcześniej. Do Pragi, jako gość honorowy został zaproszony Wojtek Fibak. Czesi doskonale pamiętają, że to między innymi dzięki niemu, w 1980 roku mogli się cieszyć z pierwszego zwycięstwa, jeszcze jako Czechosłowacja. Fibak namówił wcześniej młodego Iwana Lendla do przyjazdu do swojego kraju. Sportowcy z krajów socjalistycznych musieli mieć zgodę władz państwowych na wyjazdy i grę za granicą i oddawać im większość zarobionych pieniędzy. Lendl nie wyobrażał sobie powrotu do Pragi ze Stanów Zjednoczonych. Fibak, wykorzystując znajomość z właścicielem firmy Adidas, załatwił, aby Lendl mógł grać dla Czechosłowacji, ale mieszkać w Stanach Zjednoczonych i zarabiać pieniądze dla siebie. Lendl przyjechał i wygrał dla czechów finałowy mecz z Włochami.
Ale Czesi doceniają również klasę sportową Fibaka. Dlatego, gdziekolwiek się pojawiał, witany był owacją. Wojtek opowiadał mi o tym po powrocie z Pragi, z wyczuwalną nutą goryczy w głosie. Słyszałem to nieraz, jak nieraz też byłem świadkiem jego wielkiej popularności we Francji (w Paryżu zawsze maja dla niego najlepszy stolik w najbardziej obleganych restauracjach), w Nowym Jorku czy Miami (dzięki Wojtkowi byłem zapraszany na najbardziej ekskluzywne przyjęcia podczas targów sztuki Art. Basel) czy wreszcie Monaco. To niezwykłe, że nasz najlepszy tenisista w historii cieszy się znacznie większą sławą i estymą za granicą. W Polsce nie lubimy kiedy ktoś z naszych odniesie zbyt duży sukces, zwłaszcza jeśli jeszcze zarobi przy tym wielkie pieniądze. Kochamy Małysza czy Lewandowskiego, bo pokazują Niemcom, gdzie ich miejsce w szeregu. Cieszymy się, gdy nasi wygrywają za granicą, ale najlepiej niech tam pozostaną ze swoimi sukcesami. Bońkowi zajęło dobrych kilka lat by przekonać do siebie rodaków na miejscu, nad Wisłą. Z Jerzego Dudka byliśmy dumni gdy wygrywał Ligę Mistrzów dla Liverpoolu lub siedział na ławce w Realu Madryt. Gdy jednak przyjechał do Polski, to jedyne zajęcie znaleźli dla niego promotorzy golfa w Polsce. Fibak, nie tylko nasz najlepszy tenisista w historii ale również ekspert, znający tajniki zawodowego tenisa i potrafiący pięknie o nich opowiadać, nie jest zapraszany do komentowania nawet największych wydarzeń tenisowych w telewizji. Im wszystkim, naszym bohaterom, pokazujemy już nie tylko twarz, ale także inne części ciała.
Maciek Stuhr, zapytany przez Monikę Olejnik w „Kropce nad i”, czy twarze jakie są pokazane w filmie Pokłosie spotyka na polskiej wsi, odpowiedział nomen omen – wprost – „Tak. Bardzo często”. To było bardzo proste. I jakże odważne.
