Urna z prochami czeka już ponad pół roku na pochowanie, czyli dokąd zaprowadzi nas kapitalizm lub chichot Stalina!

Urna z prochami czeka już ponad pół roku na pochowanie. Żona nie wyobraża sobie, by nie było jej przy tym. To ostatni akt szacunku i miłości jaki chce złożyć swojej Mamie. Niezależnie od codziennej tęsknoty i wspomnień, które płyną falami.

Żona jest Norweżką, urna też czeka w Norwegii. Ale żona mieszka w Polsce i nie mogła się zdobyć przez cały ten czas, po śmierci Mamy, na odwiedziny domu rodzinnego. Wcześniej, przez ponad pół roku, towarzyszyła jej niemal codziennie w chorobie, a potem przy umieraniu. Później, po prostu nie miała siły.



Teraz jednak była okazja, nie można też było tego aktu dłużej odkładać. Trzeba tylko było ustalić termin pochówku urny. W Norwegii zajmuje się tym Narodowy (Państwowy) Kościół, komórka (oddział), która przechowuje urnę. Wyznanie mniej tutaj ważne. Oddział pracuje we wtorki, środy i czwartki między godzina 10 a 12, 2 godziny dziennie, przez 3 dni w tygodniu. Finansowany jest przez Państwo, jak prawie wszystko w Norwegii. Żona dzwoni od początku września. Bez skutku. Automat w kościelnym biurze odpowiada, że nikt nie może teraz odebrać telefonu i przełącza ją na numer komórkowy, którego też nikt nie odbiera.

Po miesiącu nieudanych prób, żona dzwoni do przycmentarnego kościoła. Próbuje ustalić jak można połączyć się z kimś z kościelnego biura i ustalić termin pochówku urny. Czas ucieka i termin naszego wyjazdu zbliża się nieubłaganie. Poza tym taryfa za międzynarodowe połączenia też bije. W kościele podają jej numer, który już zna. Twierdzą, że ktoś w końcu odbierze. Po dłuższych wyjaśnieniach dostaje numer do Bjoarne, który okazuje się być jednoosobową jednostką reprezentującą Bardzo Ważny Oddział Kościoła. To też numer komórkowy, ale prywatny. Bjoarne odbiera, ale po przedstawieniu przez Żonę sprawy, informuje, że przebywa obecnie na urlopie tacierzyńskim, i…właśnie odprowadza dziecko do przedszkola (Państwo płaci za przedszkole dziecka jednocześnie z płatnością za urlop tacierzyński). Prosi by dzwonić na znany już przez Żonę numer. Ona wyjaśnia, że ten numer jest cały czas niedostępny, co Bjoarne nie dziwi, gdyż jedyna osoba, która mogłaby odebrać telefon przebywa właśnie na urlopie tacierzyńskim.

Po dłuższej wymianie zdań, Bjoarne jest miły i prosi Żonę o kontakt telefoniczny za 2 godziny. Pomimo urlopu tacierzyńskiego postara się pomóc. Żona dzwoni. Bjoarne wyjaśnia, że jego jednoosobowy Bardzo Ważny Oddział Kościoła może dokonać pochówku urny w poniedziałki lub piątki, między godziną 10 a 14. To przynajmniej wyjaśnia, dlaczego w biurze pracują (pracuje) tylko od wtorku do czwartku. Ale żona zaplanowała wyjazd do Norwegii na weekend. Prosi więc o wyjątek i pochówek w sobotę. Może też sama dokonać umieszczenia urny w ziemi, niech no tylko Bardzo Ważny Przedstawiciel Bardzo Ważnego Oddziału Kościoła dostarczy jej urnę. Może być nawet w piątek – ona dopilnuje. Bjoarne informuje jednak, że urna nie jest problemem. Problemem jest, że trzeba wykopać dziurę w ziemi, a to może zrobić tylko w dniu pochówku, w poniedziałek lub piątek. Żona prosi, by Bjoarne wykopał dziurę w piątek, a ona pochowa urnę w sobotę. Bardzo Ważny Przedstawiciel Bardzo Ważnego Oddziału Kościoła informuje jednak żonę, że nie może tego zrobić, gdyż ktoś może ukraść taczkę, na którą zrzuci wykopana ziemię. Żona oferuje więc, że weźmie ryzyko na siebie i użyczy własnej taczki z pobliskiego gospodarstwa (farmy) brata. Ale i na to Bardzo Ważny Przedstawiciel Bardzo Ważnego Oddziału Kościoła nie może się zgodzić – ktoś może ukraść ziemię! Żona przekłada więc pochówek na poniedziałek i rezerwujemy nowe bilety. A mnie się otwiera nóż w kieszeni, Bardzo Ważny Przedstawiciel Bardzo Ważnego Oddziału Kościoła zabiera całą godność pochówku i mam nieodparte wrażenie, że coś mi to wszystko strasznie przypomina.

Jesteśmy z żoną ze sobą od prawie 5 lat. Przez ten czas, podczas wszystkich rozmów ze znajomymi z Norwegii, przewija się, najczęściej niezadane wprost, ale zawieszone gdzieś w próżni, pytanie – „What the f..ck r u doin’ in Poland? Why u not movin’ 2 the most fantastic, most affluent country in the Word? By the way, where the f…ck is Poland? Is it cold there?” (“Czemu jeszcze nie przeprowadziliście się do Norwegii? Co was trzyma w Polsce? tłumaczenie autora). Pytań nie zadają najbliżsi przyjaciele – Ci przyzwyczaili się do dziwactwa Żony, że od ponad 18 lat mieszka poza Norwegią. Nie chodzi też o innego Norwega, przedstawiciela pewnego biura prawnego, który na zadane przeze mnie pytanie czy był kiedyś w Polsce, odpowiedział: „Yes and No”. Co to znaczy „Tak i Nie”? - dociekam. Odpowiedział, że przejeżdżał kiedyś w latach 90 – tych przez Litwę. Mówię o różnych, dobrze wykształconych, dobrze zarabiających (w Norwegii nie ma źle zarabiających) Norwegach w wieku 30+. Dla nich Norwegia to najwspanialszy kraj na świecie.

Żona od paru miesięcy usiłuje sprzedać dom po Mamie. Można to zrobić wyłącznie poprzez agencję afiliowaną przy banku, w którym Mama trzymała oszczędności i który reguluje sprawy spadkowe. Agencja ma wyłączność. Ani żona, ani brat nie mogą sprzedać domu z pierwszej ręki, nawet jeśli mają zainteresowanych. To Bardzo Ważna Agencja. Przy sprzedaży domu otrzymają prowizję od sprzedaży, ale to tylko dodatek. Żyją z tego, że na początek obciążyli Żonę kosztami zrobienia zdjęć domu, jego wyceny i oferty. Następnie wyjechali na urlop. Żona usiłuje się z nimi skontaktować od tygodnia, ale dostaje tylko automatyczną odpowiedź, że wszyscy pracownicy agencji są na „Autoumn Break”.

Podczas ostatniej wizyty Żona dostała mandat, bo w połowie marca wjechała do Oslo, na zimowych oponach. A akurat tej zimy, wyjątkowo w Oslo nie było śniegu. Jak w Polsce. Przez pół roku jest tutaj tylko ciemno i zimno. W tym roku w lecie temperatura ani razu nie przekroczyła 20 stopni Celsjusza. Najczęściej było ok. 16 i padało. Od października wszędzie leży śnieg. Ulic i chodników nie odśnieżają, bo nie ekologiczne. Ale w marcu, w Oslo, śniegu nie było, więc powinna zmienić opony na letnie. 1.000 koron (500 zł)!

W Norwegii nie ma biednych. Ustawowo. W pociągach nie ma 1 klasy. W ogóle jest jedna klasa – chyba druga, bo brudno i ciasno. Bo w Norwegii wszyscy są równi. Są tak równi, że w zawodach uważanych za gorsze, Norwega nie zobaczysz. Kelnerami są Szwedzi, taksówki prowadzą Pakistańczycy (to akurat jak wszędzie) a na budowach pracują Ukraińcy i Litwini. Polaków też sporo, ponad 80 tysięcy, ale coraz częściej awansują. Jeszcze trochę, a będą prawie tak równi jak Norwegowie. Ci, którzy w poczuciu swojej równości nie mogą, lub nie chcą dostać pracy (albo im nie wypada) Państwo wyrównuje tę niedogodność w poczuciu równości i sprawiedliwości. Państwo w ogóle wyrównuje dużo. Najbliższa przyjaciółka Żony, po odchowaniu 3 córek postanowiła wrócić do pracy jako pielęgniarka. Poprosiła o etat na 40%, bo tylko tyle czasu mogła poświęcić z dala od domu. Córki jeszcze jednak bardzo młode. Dostała 15.000 koron. Po kilku miesiącach zwiększyła swój czas pracy do 75%. Ona mogła, a szpital potrzebował. Ale dodatkowe 35% czasu pracy liczone jest jako nadgodziny, podwójnie, bo przecież szpital (Państwo) umówiło się z nią tylko na 40% jej czasu. Wszyscy szczęśliwi. Państwo też.

Strasznie mi to przypomina coś, od czego, dzięki nadzwyczaj szczęśliwemu zbiegowi wielu okoliczności, uciekam wraz z innymi od ponad 20 lat. Należę do absolutnie wybranego pokolenia czasów przełomu, pokolenia, które było na tyle młode, by w pełni korzystać z możliwości, które ten przełom stworzył. Pokolenia nie obciążonego mentalnie komuną, jak nasi rodzice i dziadkowie, ale też na tyle dojrzałego, by pamiętać wszystkie absurdy komuny i próby całkowitej kontroli przez Państwo (najczęściej mało udanej) wszelkich przejawów życia. Dlatego, jestem szczególnie wyczulony na zapach komuny i żaden Norweg nie przekona mnie do swojej krainy szczęśliwości nawet, gdy wyciągnie ostateczny argument – Norwegia od lat zajmuje pierwsze miejsca we wszelkich rankingach na najlepsze i najbardziej szczęśliwe państwo do życia. Ale - Oni nie pamiętają.

Jeśli więc ten system, który mamy w Norwegii to naturalna konsekwencja rozwoju systemu kapitalistycznego według Marksa, a nie tylko chichot Stalina, to ja raczej będę podążał z rodziną w kierunku odwrotnym niż północny. Tym bardziej, że klimat z wiekiem też ma swoje znaczenie.
Trwa ładowanie komentarzy...